Coraz niższy współczynnik urodzeń i utrzymujący się wskaźnik śmiertelności to dwa główne zagrożenia demograficzne Polski. Czy wobec coraz gorszych wyników, o których alarmują eksperci rynkowi i państwowe organy statystyczne, można mówić o katastrofie demograficznej w Polsce? I w jaki sposób kondycja polskiej populacji wpłynie na wydolność systemu emerytalnego?

Autor: Halszka Gronek
Dodano: 14.01.2020
Udostępnij:

Sytuacja demograficzna w Polsce pozostawia wiele do życzenia. Z tego też względu istnieje poważna obawa, że obecni 20- i 30-latkowie nie będą mogli liczyć na otrzymanie godnej emerytury w przyszłości. Eksperci szacują, że z powodu niskiej dzietności w Polsce za czterdzieści lat na każde 100 osób w wieku produkcyjnym przypadać będzie aż 68 emerytów. W tym czasie przeciętne świadczenie wypłacane polskiemu emerytowi będzie głodowe – blisko dwie trzecie Polek i Polaków otrzyma co najwyżej najniższą emeryturę. 

Powszechnie wiadomym jest fakt, iż w Polsce panuje poważny niż demograficzny (więcej Polaków umiera, niż się rodzi). To właśnie ten fakt ten ma bezpośredni wpływ na kondycję polskiego systemu emerytalnego, a zwłaszcza na wysokość stopy zastąpienia. W roku 2017 polski pracownik mógł liczyć na pierwszą emeryturę w wysokości 38,6% ostatniej pensji. Był to niestety jeden z najgorszych wyników wśród wszystkich badanych państw. Średnia wysokość stopy zastąpienia w krajach OECD wynosiła bowiem 63% – blisko dwa razy więcej niż w Polsce.

Co gorsza, eksperci są zdania, że w kolejnych latach stopa zastąpienia emerytalnego starci kilka lub kilkanaście kolejnych punktów procentowych. W 2060 roku odchodzący na emeryturę pracownicy będą mogli liczyć na wypłatę świadczenia w wysokości blisko 24,6% swojej dotychczasowej pensji. Za tak słabe wyniki systemu w największej mierze odpowiada niż demograficzny (w drugiej – niski próg wieku emerytalnego w porównaniu ze średnim czasem życia, zwłaszcza Polek). Czy wobec tak pesymistycznych prognoz można dziś mówić o katastrofie demograficznej?

Katastrofa demograficzna – co musisz wiedzieć?

Katastrofa demograficzna to moment osiągnięcia przez społeczność ludzką skrajnie niekorzystnego stanu. Przykładem takiej katastrofy może być depopulacja, czyli zauważalny i znaczący spadek populacji spowodowany albo powolnymi trendami demograficznymi (takimi jak ujemny przyrost naturalny), albo gwałtownymi czynnikami (klęski żywiołowe, epidemie itp.). 

Dziś w krajach rozwiniętych za największe zagrożenie katastrofą demograficzną uznaje się ujemny przyrost naturalny. Zgodnie z raportem Organizacji Narodów Zjednoczonych z 2002 roku  w 75% rozwiniętych krajów oczekiwany był spadek ogólnej liczby ludności spowodowany niskim współczynnikiem dzietności. Dziś sytuacja ta wygląda jeszcze gorzej – zresztą nic w tym dziwnego, wszak obserwacje naukowe sugerują, im wyższy poziom rozwoju gospodarczego świata tym niższy przyrost naturalny. 

W 2014 roku najwyższy przyrost naturalny odnotowano w krajach rozwijających się, to jest w Libanie (+ 9,34%), Zimbabwe (+4,36%) i w Sudanie Południowym (+4,12%). Z kolei na drugim końcu szali znalazły się takie kraje, jak Niemcy (-0,18%), Japonia (-0,13%) czy… Polska (-0,11%). Oba przypadki (dużego wzrostu ludności oraz szybkiej depopulacji) są skrajnie niekorzystne dla współczesnego świata i gospodarek. Dziś w skali światowej katastrofy demograficzne nie są jednak prognozowane. Jednak w skali poszczególnych krajów, w tym Polski, głosy ekspertów są podzielone.

Czy Polsce grozi depopulacja?

O tym, że w Polsce panuje niż demograficzny (więcej ludzi umiera, niż się rodzi), wiadomo nie od dziś. Według ostatnich prognoz Organizacji Narodów Zjednoczonych do końca bieżącego stulecia populacja Polski spadnie z poziomu 38 do 24 milionów. Tak istotne zmiany ludnościowe spowodują najpewniej, iż polska demografia zostanie okrzyknięta najgorszą na świecie. Już dziś w rankingu tym nie wypadamy najlepiej. 

Czy możemy się spodziewać kryzysu demograficznego? Jedni eksperci twierdzą, że istnieje szansa, by zapobiec takiemu stanowi rzeczy, z kolei drugi są zdania, że właściwie już dziś mamy do czynienia ze stanem krytycznym. Gwoli przypomnienia, ponad rok temu, w roku 2018 Główny Urząd Statystyczny pisał, że Polska oficjalnie wkroczyła “w okres kolejnego kryzysu demograficznego (który miał już przejściowo miejsce w latach 1997–2007), ale obecny prawdopodobnie może mieć charakter dłuższej tendencji”.

Pod koniec 2019 roku Główny Urząd Statystyczny pisał, co następuje:

"

Obserwowane zmiany demograficzne wskazują, że od kilkunastu lat sytuacja ludnościowa Polski nie zmienia się istotnie – jest nadal trudna. W najbliższej perspektywie także nie należy oczekiwać znaczących zmian zapewniających stabilny rozwój demograficzny. Nadal niska liczba zawieranych małżeństw oraz obserwowane od ćwierćwiecza zmiany w trendzie dzietności będą miały negatywny wpływ także na przyszłą liczbę urodzeń, ze względu na zdecydowanie mniejszą w przyszłości liczbę kobiet w wieku rozrodczym.

Sytuacja Polski jest dziś więc słaba, by nie powiedzieć: krytyczna. Są oczywiście regiony, gdzie wyniki są złe, i takie, gdzie są jeszcze gorsze. Obecnie najlepszymi wynikami, a dokładniej najmłodszą strukturą wieku, charakteryzuje się województwo pomorskie. W 2018 roku mediana wieku mieszkańców Pomorza wyniosła niespełna 40 lat (dla całej Polski: 41 lat). Wskaźnik starości, czyli udział osób w wieku 65 lata i więcej, wynosił tam 16,4% (dla Polski: 17,5%), a odsetek dzieci do 14. roku życia – 16,7% (dla Polski: 15,3%).

Demografia a system emerytalny

Sytuacja demograficzna Polski ma ogromny wpływ na funkcjonowanie i wydolność polskiego systemu emerytalnego. Nasze społeczeństwo silnie się starzeje, co wkrótce będzie skutkowało jeszcze większym skokiem wskaźnika obciążenia pokoleń. To oznacza z kolei, że coraz mniej osób będzie pracowało na emerytury wciąż powiększającej się grupy seniorów. Warto przypomnieć bowiem, ze pierwszy filar polskiego systemu emerytalnego, a więc ten realizowany przez ZUS (a nie w ramach OFE), ma charakter redystrybutywny, co oznacza, iż emeryci utrzymywani są przez bieżących pracowników.

Kryzys demograficzny, który coraz wyraźniej dotyka nasz kraj, wkrótce odbije się na wszystkich aspektach życia, a najbardziej na ekonomii. Pod koniec XXI wiek Polaków ma być zaledwie 24 mln, z czego zaledwie ułamek będzie pracował – to fatalna wiadomość dla krajowej gospodarki i wzrostu polskiego PKB. Jednak na niekorzystnych zmianach demograficznych stracą przede wszystkim Polacy. To oni skazani będą na wyżycie z głodowych emerytur przy wysokich cenach rynkowych (które są spodziewane przez ekspertów prognozujących przyszłą inflację w Polsce).

Na koniec warto dodać, że prestiż i stabilność systemu emerytalnego mierzona jest takimi wskaźnikami, jak część populacji posiadająca prywatne programy emerytalne oraz wielkość aktywów w tego typu programach przeliczona na PKB. Niemniej ważne są jednak wskaźniki demograficzne (dzietność, oczekiwana długość życia, obciążenie demograficzne, aktywność zawodowa w wieku przedemerytalnym, bezrobocie itp.).W żadnym w wyżej wymienionych wskaźników Polska nie wiedzie prymu, co oznacza, iż nasz system wyraźnie odbiega od ideału.

Czy obecny system emerytalny dyskryminuje kobiety?

Nie da się ukryć, iż najgorsze prognozy co do wysokości świadczeń emerytalnych dotyczą dziś młodych kobiet. To właśnie w ich przypadku przyszłe wypłaty świadczenia będą najmniejsze. Wpływ na to ma wiele różnych czynników, między innymi fakt, iż kobiety mogą liczyć na niższe wynagrodzenie za pracę (a w konsekwencji – na niższą podstawę oskładkowania) od tego, jakie otrzymują ich koledzy po fachu. Do tego dochodzi także niższy próg wieku emerytalnego i statystycznie dłuższy czas życia (co skutkuje dłuższym czasem przebywania na emeryturze). 

Kobiety otrzymują i najpewniej będą otrzymywać mniejszą emeryturę chociażby dlatego, że z racji swojej siły fizycznej i ustalonego podług niej wieku emerytalnego systemowo zmuszane są (czy może właściwiej: naciskane), by pracować krócej. W Polsce minimalny wiek emerytalny dla kobiet wynosi 60 lat, a mężczyzn – aż 65 lat. Oznacza to, iż mężczyźni mają średnio o 5 lat dłuższy czas na zgromadzenie kapitału emerytalnego służącego późniejszym wypłatom świadczeń. 

Przedstawiciele władzy bronią obecnych progów emerytalnych, twierdząc, że system gloryfikuje kobiety, pozwalając im szybciej przejść na emeryturę. Liczby jednak nie kłamią – im szybciej pracownik odejdzie na emeryturę, tym niższa będzie wysokość jego świadczenia. Poza tym warto zauważyć, że dziś nie ma – tak jak kiedyś – wielu zawodów fizycznych. Większość pracowników (zwłaszcza kobiet) pracuje umysłowo, przez co niższy próg wieku emerytalnego przestaje być uzasadniony. Kobiety może i są, statystycznie, słabsze fizycznie, lecz nie umysłowo. 

Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, iż statystyczne kobiety żyją o wiele dłużej od mężczyzn. W konsekwencji kobieta spędza dłuższy czas na pobieraniu świadczenia emerytalnego z ZUS-u, a kapitał, jaki zgromadziła w ciągu lat pracy, musi zostać podzielony na więcej miesięcznych „części”. To kolejny z powodów, dla których twierdzenie, iż obecny system emerytalny w Polsce dyskryminuje kobiety, jest słuszne.

Komentarze (1)

Mieszkam w Bykowie tu większość kobiet nie pracuje, nie dziwię się, że mają po jednym dziecku. Z jednej pensji trudno wyżyć.